A to gdzie dzisiaj?

Ciągle szukam odpowiedzi na swoje pytania i najczęściej znajduję jeszcze więcej pytań…

Stąd interesuję się rozwojem osobistym, psychologią czy coachingiem właśnie po to, aby odnaleźć siebie. Czego chcę, co jest moje, a co przywłaszczyłam nieświadomie od innych, a co nawet nie wiem skąd jest, a się zadomowiło u mnie jak u siebie i się rozpycha.

I często odkrywam, że to cudze, staje się ważniejsze niż moje.

Bo głośniej krzyczy…

Bo nie zawsze umiem od razu wprost powiedzieć nie…, nie moje – wypad!

Bo sama nawet nigdy się nie zastanowiłam, jak tak naprawdę ja bym chciała.

Bo dla samej siebie, to mi się nie chce…. Co ja się będę zabijać, no nie jest aż tak źle. Próbuję nie raz przekonać samą siebie.

No właśnie, u mnie musiało być źle, tak źle, że już nie mogłam na siebie patrzeć w lustrze, abym w końcu ruszyła tyłek.

I motywacji starczało mi max. na 2-3 miesiące. Przychodziły pierwsze efekty, kilogramy leciały w dół i zamiast kontynuować, to co robię, aż w końcu stanę się gazelowata, powoli zaczynałam odpuszczać.

A to jeden grzeszek jedzeniowy, a to dziś odpuszczę trening, a to jutro też i zanim się obejrzę to dyspensa trwa 3 miesiące i to co spadło, to już jest znowu widoczne na wadzę, a czasem z nawiązką.

I  znowu to samo….

Poczucie wartości -100, motywacja -1 000 i ogólne przeświadczenie, że i tak nigdy mi się nie uda….

W końcu już tyle razy to słyszałam w domu od najbliższych….

W końcu tyle razy próbowałam… i zawsze to samo.

Może lepiej już nie próbować, aby znowu nie czuć porażki? – nie raz tak myślałam.

No tylko moja gazelowata dusza nie daje mi spokoju. Nie da się jej zamknąć w klatce i kazać siedzieć cicho – tekstem w stylu: musisz się z tym pogodzić i zaakceptuj, że jest jak jest. Zaakceptuj, że jesteś nosorożcem.

No tylko, że moja dusza czuję się gazelą. Ciągle ją nosi, ciągle bryka i wierzga na wszystkie strony. I jak a złość, ale tak naprawdę to dzięki Bogu, że zawsze wtedy od razu znajdują się tuż przed moimi oczami przykłady, że innym się udaje, znajdują motywację, stają się gazelowaci!

To sygnał dla mnie, że ciągle jeszcze coś nie gra w mojej układance, że muszę szukać dalej.

Tak doszłam do tego, że u mnie ciągle siada motywacja. Bo ja wiem co mam robić, aby chudnąć, co więcej ja umiem to robić. Udowodniłam to sobie nie jeden raz.

Ale szybko tracę motywację i się zniechęcam, po prostu poddaje, bo czasem jest mi po prostu ciężko, tak mentalnie ciężko. Zaczyna się stres i przeciążenie w pracy, odzywają się samotność i poczucie wstydu, że nie umiem ułożyć sobie życia prywatnego, wieczne niedospanie bo ciągle coś i jakbym nie biegała to i tak przed 23:00 nawet nie mam chwili, aby się zastanowić, jak dziś dzień.

Często przez to wszystko gubię swój cel, tak jak gubi się widok szczytu, wspinając się na niego pod górę i wtedy właśnie dopadają wątpliwości i totalnie zniechęcenie. Że nie dam rady, że za wysoko, że za daleko itd…

 

Dla mnie droga do gazeli to droga na mój własny szczyt i jak na każdy szczyt – droga jest pod górę. Czasem podejście jest łagodniejsze, a czasem mam wrażenie, że stoję przed pionową ścianą i pozostaje walenie głową w mur…

Szczególnie jak do mojego i tak sporego plecaka z bagażem życiowym, ciągle ktoś próbuje dorzucać swoje kamienie. Co tylko zrobię w nim porządek, powyrzucam co nie moje, poukładam i posprzątam, to znowu ktoś, coś próbuje mi przemycić.

Trudno mi przychodzi stawianie granic, ale się tego uczę. Co chwila sprawdzam czy to co robię jest moje i w zgodzie ze mną. Czy nie próbuje spełniać oczekiwać czy celów innych osób. Czy nie daje się ściągnąć na manowce, zamiast podążać swoją drogą.

Zauważyłam, że poczucie frustracji i złość, to często pierwsze emocje jakie się pojawiają, jak ktoś przekracza moje granice albo muszę zrobić coś wbrew sobie. Dzięki temu jak tylko zaczynam się irytować i narzekać, zadaje sobie pytanie, ale o co Ci chodzi? Czego tak naprawdę chcesz? – chwila oddechu i dociera do mnie, gdzie jest naprawdę coś nie tak.

Aby nie tracić swojego celu z horyzontu codziennie rano prowadzę dziennik celów – czyli ponownie zapisuję 10 celów, które chce zrealizować w ciągu tego roku.

I oczywiście pierwszy jest gazelowaty! Bo jest dla mnie po prostu bardzo ważny.

Codziennie też robię sobie spontaniczne notatki z wszelkimi pomysłami, które przychodzą mi do głowy jak coś poprawić i raz w tygodniu w niedzielę rano przeglądam je i wybieram 3-4 najlepsze i tylko je dołączam do planu na najbliższy tydzień. A cały tydzień po prostu trzymam się planu i nie kombinuję, tylko krok po kroku – byle do przodu.

Bo to prawda, że jak coś nie zbliża mnie do mojego celu to mnie od niego oddala. A ja wiem już gdzie chce iść.

I wiem, że idę codziennie pod górę, a z górki będzie, jak będę schodzić z tego szczytu, po jego zdobyciu i zebraniu wszystkich lekcji przerobionych po drodze!

Zatem w górę! A motywacji w tym tygodniu dodaje mi Brian Tracy z audioboookiem: No excuses – The power of self-discipline, a w polskiej wersji – Nie tłumacz się, działaj! Odkryj moc samodyscypliny.

 

  • Share post

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *